wtorek, 15 stycznia 2013

Rozdział czwarty.


Rozdział czwarty.

Obudziłem się, rozglądnąłem po pokoju. Wszystko było takie samo, póki nie przypomniałem sobie dotyku Harry’ego sprzed tamtej nocy. Niemal natychmiast zawirowało mi w podbrzuszu. Boże, jaka szkoda, że nie mogłem się dziś obok niego obudzić. Zamiast tego muszę się nacieszyć widokiem zaślinionego Niall’a.
Odgarnąłem pościel, wstałem i nasunąłem na siebie spodnie, po czym zabierając parę rzeczy, udałem się do łazienki. Prysznic nie zajął mi wiele czasu. Trochę więcej zleciało na układaniu włosów. Ale przecież nigdzie się nie śpieszyłem. Wczoraj wieczorem oddzwoniłem do mamy i przypomniałem jej, jak się umawialiśmy.
- Miałaś nie dzwonić w soboty po piątej – powiedziałem.
- Przepraszam, zapomniałam.
- Przestań ciągle przepraszać. Po prostu trzymaj się zasad.
- Zasad – prychnęła cicho i choć jej nie widziałem, mógłbym przysiąc, że złapała się za głowę. – Chciałam cię tylko zapytać, czy nie miałbyś ochoty odwiedzić nas w któryś weekend.
- Nie, nie miałbym – odparłem. – Coś jeszcze?
- Louis, proszę. Proszę – powtarzała błagalnym tonem. – Co się zmieniło?
- Zapytaj swojej córki. Teraz całe Doncaster mówi o tobie i twoim synu geju.
- Nie przeszkadza mi to.
- A mnie tak.
- Kocham Cię.
Zamilkłem. Nienawidziłem kiedy wtrącała w rozmowę te dwa słowa. Wszystko stawało się takie pochrzanione i nierealne. Nigdy nie rozmawialiśmy w ten sposób; nigdy.
- Wiem. Muszę kończyć.
I odłożyłem słuchawkę.

Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że mogłem powiedzieć chociaż „Ja ciebie też”, ale wtedy nie potrafiłem. Tak strasznie denerwuje mnie ten jej niepokój w głosie, kiedy do mnie mówi. Wiem, że się obwinia za to kim jestem. Wiem, że była w szoku i nadal jest, ale ja wcale nie wybrałem takiego życia.
Może wszystko byłoby lepiej, gdybym siedział cicho.

~*~

To, że Niall zapewnił mnie, iż będę miał swoją chwilę z Harrym, wcale nie sprawiło, że ten dzień minął mi dobrze. Strasznie było czekać na wieczór, nie mając co robić. No, może miałem do przeczytania kilka rozdziałów, ale nie potrafiłem usiedzieć na miejscu, by to zrobić.
Pomyślałem, że wyskoczę na miasto. Na szczęście niebo było czyste. Na dworze panował mróz, wszystko wokół było szare, ale nie zbierało się na burze. Założyłem swój ciepły płaszcz, popielatą czapkę, rękawiczki – czyli to co zwykle. Wyobrażałem sobie, że zima ustępuje wiośnie, z pęknięć w chodniku wyrastają kwiaty, a ja wystawiam twarz do słońca i czuję na delikatnej skórze ciepło. Ale tak się nie stanie. Przynajmniej na razie.
Przeszedłem parę przecznic, obserwując wystawy sklepowe. Przypomniałem sobie jak dobrze było być dzieckiem i wieść spokojne życie. Być zależnym od kogoś i mieć nadzieję, że zrobi wszystko co dla ciebie dobre. Jak miło byłoby znów być czyimś oczkiem w głowie. Nagle poczułem, że bardzo brak mi miłości. Ciągłego przytulania, świadomości, że komuś na mnie zależy i po prostu dostrzegania tej troski. Wyjąłem dłoń z kieszeni i zamiast innej – pasującej do mojej – poczułem chłodne powietrze. Wręcz zabolało, gdy mróz zaczął szczypać moją skórę.
Musiałem wyglądać na idiotycznie bardzo spragnionego dotyku, bo przechodząca obok mnie kobieta popatrzyła ze współczuciem. A przynajmniej mnie tak się wydawało.
W oddali dostrzegłem zgaszony neon gejowskiego klubu „Scandal”. Pamiętam dzień, w którym Zayn mnie tam zabrał. Było ciemno i ciepło, i było lato.
Podążałem za nim chwiejnym krokiem, trochę zaniepokojony jego pewnością siebie. Nie byłem typem chłopaka, który bawi się w takich klubach; ani trochę. Zatem byłem przeciwieństwem Zayna – pieprzonym romantykiem. Powinienem wiedzieć to już wtedy. Zwłaszcza gdy zaprosił mnie na parkiet, a ja nie umiałem tańczyć. Panował duży ścisk, osoby poruszające się obok, trącały się i nie wyglądało na to, że im to przeszkadza. Mówiłem:
- Wróćmy do domu i poróbmy coś.
- Wyluzuj się Louis! – Zayn przekrzykiwał muzykę, odpowiadając.
- Jestem wyluzowany.
- Co?!
- Nic – odparłem. – Nic.
Chciałem mu wytłumaczyć, że nie potrafię się wyluzować i jeśli natychmiast nie opuścimy tego miejsca, może mnie już nigdy nie zobaczyć. Tylko, że nie potrafiłem. Wtedy wydawało mi się, że za bardzo go kocham, by psuć mu zabawę, ale Niall twierdzi, że po prostu miałem za małe jaja. Czy teraz mam większe i potrafiłbym się postawić? Nie będę miał okazji, by kiedykolwiek się dowiedzieć.

Przeszedłem obok klubu i usiadłem na – na szczęście – suchej ławce. Czas leciał jakoś powoli, nawet za bardzo. Świat jak zwykle obracał się przeciwko mnie. Najgorsze było to, że nie mogłem nic zrobić.

~*~

Niall stał przed lustrem i dopasowywał do siebie koszulki, które wisiały na wieszakach. Jedna o kolorze niebieskim, druga pomarańczowa.
- Idziesz po Jade?
Spojrzał na mnie.
- Jasne.
Podszedłem i zabrałem od niego pomarańczową część garderoby, sugerując, by założył niebieską. Jeszcze raz sprawdziłem, czy mam przy sobie telefon i klucze do mieszkania. Wyglądało na to, że mój współlokator jest już gotowy.
- Idziesz ze mną? – zagadnął.
- Zaczekam na parkingu – stwierdziłem. – Harry ma tu przyjść.
Niall uśmiechnął się i pokiwał znacząco głową.
- Myślałem, że będzie w mieszkaniu znajomego.
- Nie. Impreza już się zaczęła, więc mógł wyskoczyć.
- Ale tak bez nas?
Przytaknąłem. Wyszliśmy, więc mogłem przekręcić klucz w zamku. Wsiedliśmy do widny i zjechaliśmy na sam dół. Było zupełnie pusto, nie licząc sklepu i biblioteki, w których również panowała cisza. Niall i ja wyszliśmy na zewnątrz i tam blondyn powiedział:
- Tylko nie róbcie niczego na zewnątrz. Jeszcze odmrozisz sobie fiuta.
Zagarnąłem w ręce śnieg i uformowałem z niego kule. Wymierzyłem w cofającego się żartownisia i rzuciłem tak, że zimny puch wpadł mu za kołnierz.
- Bardzo śmieszne! – zawołałem, gdy odchodził.
Machnął mi tylko ręką i zniknął za budynkiem.
Przez chwilę stałem w bezruchu, myśląc o niczym. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i spojrzałem na widniejący na ekranie numer Harry’ego. Zacząłem pisać esemesa, idąc w stronę samochodów. Zatrzymałem się, świadomy tego, iż zaraz kończy się krawężnik. Ale zanim zdążyłem wcisnąć „wyślij”, czyjeś dłonie oplotły mnie w pasie. Objąłem je swoimi dłońmi i oparłem skroń o jego głowę, którą opierał o moje ramię.
- Tęskniłeś? – zapytał.
- Mhm… - wymruczałem.
Nagle zorientowałem się, że przecież Harry nie mówi. W dodatku, ten głos był dziwnie znajomy; nawet niebezpiecznie znajomy. Wyrwałem się z objęć i odwróciłem. Wszędzie rozpoznałbym te złote oczy.
- Zdziwiony?
- Wolałbym określenie: zły.
Zrobił krok w przód.
- Jakieś plany na dziś?
- Od kiedy to jest twoja sprawa?
- Przestań. Chcę się zmienić.
Nie mogłem uwierzyć, że właśnie on to powiedział.
- Ty się nie zmieniasz, Zayn – odparłem i odsunąłem się.
Znów zrobił krok w przód. Jedyne o co prosiłem w tej chwili Boga, to Harry. Niech się tu pojawi, niech się tu pojawi, powtarzałem.
- Moglibyśmy spróbować jeszcze raz, co ty na to?
- Nie! I proszę… – Przerwałem. – Nie dotykaj mnie.
Odsunął dłoń i na chwilę zamilkliśmy. Ale potem znów zaczął sięgać do mojego ramienia i odtrącał moje ręce, które próbowały go odsunąć.
- Posłuchaj Louis, byliśmy dla siebie stworzeni. Dobrze o tym wiesz.
- Nie odtykaj mnie! Nie dotykaj mnie! – powtarzałem.
- Nie skrzywdzę cię.
- Mówiłeś to za każdym razem, kiedy…
Przerwałem w pół ruchu.
- Boże, nienawidzę cię!
Musiałem wyglądać jak ciota, bo popłakałem się. Zwyczajnie, łzy spływały mi po policzkach tworząc odbijające światło latarni ścieżki. Myślałem, że Zayn odpuści i pójdzie sobie, ale nadal tam był i patrzył. Czułem się totalnie upokorzony.
I nagle dostrzegłem postać biegnącą za Zaynem. Pierwsze o kim pomyślałem, to Niall, ale coś było nie tak z jego włosami. Otarłem łzy, by widzieć go wyraźniej. Czekoladowe loki, wysoka sylwetka, różowe policzki. Harry.
Odciągnął go i mocno do tyłu, tak że czarnowłosy upadł na chodnik i zdezorientowany zaczął mierzyć Harry’ego wzrokiem. Pomyślałem, że teraz zaczną na siebie krzyczeć. Zayn wstał i rzucił się ze słowami:
- Ty popaprańcu! Kompletnie ci odpierdoliło?! Chyba nie wiesz kim ja jestem! Masz ochotę się bić, cioto?
Harry stał naprzeciwko niego, niewzruszony.
- Wyglądasz jak pierdolona dziewczyna z tymi włosami! Jak ty się chcesz ze mną bić, huh?
Poczułem się zaniepokojony tym, że Harry jeszcze nie wygarnął mu w zamian za obrażanie go. Ale wtedy dotarło do mnie, że Harry nie mówi. I teraz zrozumiałem jakie to wkurzające.
- Halo! Jestem tutaj! Myślisz, że jesteś zbyt ważny, by ze mną rozmawiać?!
- To nie jest rozmowa, Zayn! – wtrąciłem się. – Zostaw nas kurwa w spokoju!
Wyglądał na rozczarowanego. Spojrzał jeszcze raz na Harry’ego, a potem znów na mnie i odsunął się. Miał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy przybiegli Niall i Jade, więc odbiegł w swoją stronę.
Harry podszedł i przytulił mnie. Znów miałem ochotę się rozpłakać. Jestem taki pochrzaniony.

~*~

Grała głośna muzyka. Otaczali mnie obcy ludzie. Trzymałem w rękach drinka, którego przyniósł mi Niall. Stał obok mnie i kołysał się w rytm muzyki, podczas gdy Jade rozmawiała z kilkoma dziewczynami o chłopakach. Obszedłem blondyna na około i przyłączyłem się do dziewczyn.
- Dziewczyny, to jest Louis – przedstawiła mnie od razu Jade.
- Cześć – zawołały chórem.
- Louis jest gejem, więc możemy kontynuować. – Wyglądała ślicznie. Miała na sobie krótkie shorty, żółty podkoszulek i szelki, a na włosach zapiętą kokardę w grochy. Bardzo powoli poruszała swoimi gładkimi ustami, świetnie pasującymi do ust Niall’a.
- Najprzystojniejszy aktor? – zapytała dziewczyna z dużą ilością tuszu na rzęsach.
- Matt Bomer – odparła drobna postać obok Jade.
- Zgadzam się – poparła ją brunetka o czarnych oczach.
- Jest gejem. Myślmy o tych, którzy by się z nami umówili – prychnęła moja przyjaciółka.
- Brad Koenig.
- Ten z długimi włosami?
- Ściął je! Jest gorący.
- Tak, jeśli jesteś lesbijką.
- Och, zamknij się!
- James Franco?
- Ujdzie w tłumie. Nie mogę znieść jego uśmiechu.
- Kit Harington – wtrąciłem.
Wszystkie spojrzały na mnie w ciszy. Boże, dlaczego w ogóle się odezwałem.
- Mówisz tak tylko dlatego, że ma kręcone włosy? – zapytała Jade.
Poczułem jak się rumienie.
- O wilku mowa – powiedziała ta z tuszem na rzęsach i odchrząknęła.
Poczułem dłonie obejmujące mnie w pasie i niemal natychmiast zmiękły mi kolana. Na szczęśnie czułem na ramieniu mocny uścisk Jade, który sprawiał, że jeszcze nie upadłem. Dłonie pociągnęły mnie do tyłu. Gdy znaleźliśmy się poza kręgiem dziewczyn – które nadal nas obserwowały – mogłem się odwrócić i spojrzeć w szmaragdowe tęczówki.
Harry sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej zmięty kawałek papieru, po czym rozwinął go i pokazał:
- Ufasz mi?
Skinąłem zahipnotyzowany.
Wyciągnął kolejną kartkę.
- Idziesz ze mną?
Zamknąłem oczy. Miałem już przed oczami scenę, w której ja leżę przyciśnięty do łóżka ciężarem jego ciała. A on całuje mnie od szyi aż po brzuch…
- Pójdę z tobą gdziekolwiek chcesz.
I wtedy poczułem jak wciska mi do rąk coś szorstkiego. Uniosłem powieki i odruchowo złapałem w dłonie swój płaszcz. Zmarszczyłem brwi, obserwując jego poczynania: ubrał płaszcz, rękawiczki, szalik i stanął przed drzwiami. Trochę zdezorientowany zrobiłem to samo i pozwoliłem mu wyprowadzić się z mieszkania.
Znaleźliśmy się na klatce schodowej. Obok mnie wiły się dziesiątki stopni, prowadzących na dół. Zaczęliśmy po nich schodzić po omacku. Trzymałem się barierki, przerażony, że mogę upaść. Wyobraziłem sobie jak ujeżdża mi noga i lecę w dół, nie mogąc się zatrzymać. Wszystkie mięśnie mi pulsują i czuję przeszywający ból na całym ciele, ale szczególnie w czaszce. Ale Harry był tuż obok. Czułem jego obecność i nagle odpłynął ze mnie cały strach. Tak jakby ktoś wybawił mnie z opresji. Jego obecność powodowała uczucie ulgi.
Wydostaliśmy się na zewnątrz. Panowała ciemność połączona z zimnem. Latarnie rzucały szerokie smugi pomarańczowego światła na chodniki, ławki i samochody. Wcale nie było cicho. Wprawdzie nie minął nas żaden przechodzień ani pojazd, ale w oddali słychać było pędzącą karetkę na sygnale, czy dzwonek przy otwieraniu drzwi baru.
Przez chwilę staliśmy na krawężniku nic nie robiąc, ale Harry odbił nagle w lewo, więc nie pozostało mi nic innego jak podążanie za nim. Weszliśmy w uliczkę porośniętą z obu stron wystawami sklepowymi. Niektóre były podświetlone, pozostałe pochłaniał mrok. Szliśmy ramię w ramię. Nagle coś gładkiego zaczepiło o mój mały palec u ręki. Wzdrygnąłem się – bardziej z przyjemności niż szoku. Harry usiłował złapać mnie za rękę. Zarumieniłem się i próbowałem ukryć uśmiech. Patrzył na mnie cały czas, analizując reakcję i najwyraźniej uznał ją za pozwolenie. Przyłożył dłoń do mojej i splótł nasze palce. Chwyciłem go mocniej, czując motyki w brzuchu.
Co takiego było w Harry’m, że z każdym dotykiem miałem wrażenie, iż mi stanie? Jezu, to takie niestosowne. Mama byłaby rozczarowana. Kurczę, od kiedy obchodzi mnie co myśli o tym mama? Co się ze mną dzieje?
- Harry? – jęknąłem.
Odwrócił głowę w moją stronę.
- Gdzie idziemy?
Wyjął notes i długopis z kieszeni płaszcza.
- Na spacer.
- Nie mogliśmy zostać u twojego kumpla? Nawet go nie poznałem.
- Będziesz miał okazję – naskrobał po chwili.
Zamilkłem. Spojrzałem przed siebie na pochłaniający wszystko mrok. Nie widziałem końca ulicy. Nie wiedziałem, co znajduję się za sklepem spożywczym po prawej, bo latarnie w tamtej części nie świeciły się. Na szczęście Harry skręcił w inną uliczkę i pociągnął mnie za sobą.
Trafiliśmy do parku, w którym było całkowicie pusto. Ale ja nie bałem się. Harry był tuż obok mnie i trzymał mocno za rękę. Wskazał palcem plac zabaw i pociągnął mnie w tamtą stronę. Potem puścił moją dłoń, skoczył na huśtawkę i zaczął się wydurniać. Gwałtownie wybuchłem śmiechem. Stałem, oparty o belkę podtrzymującą zjeżdżalnie, i patrzyłem na niego; tak niesamowicie zafascynowany rumieńcami na jego policzkach i uśmiechem. Przywołał mnie ruchem dłoni. Podszedłem, a on złapał mnie za płaszcz, odwrócił i pociągnął na swoje kolana. Mocno złapałem za łańcuchy i czekałem aż pomoże mi lepiej usiąść. W końcu odepchnął się nogami, by nabrać prędkości. Powtórzył tą czynność kilka razy. Huśtaliśmy się coraz wyżej, śmiejąc się i czując na sobie swój dotyk. Tak blisko, tak intymnie…
Usłyszałem jak szura nogami o twardą, ubitą od dziecięcych stópek ziemię. Zwolnił ruchy, tak że teraz jedynie się kołysaliśmy. Objął mnie mocno w pasie i oparł głowę o ramię. Wypuściłem z ust drżące powietrze. Chciałem tu zostać na zawsze, nawet pomimo zimna. Harry ogrzewał mnie swoją troską; trzymał mocno w objęciach i nie prędko miał zamiar wypuścić.
Bujaliśmy się tak w przód i w tył, w kompletnej ciszy. Potem pocałował mnie w policzek, parę razy w szyję i splótł nasze dłonie.
- Och, Harry – jęknąłem.
Wstałem i usiadłem w innej pozycji, tak że teraz dobrze się widzieliśmy. Harry złapał mnie za biodra, by upewnić się, że nie ześlizgnę się z jego kolan. Ja objąłem rękoma jego szyję i oparłem czoło o jego czoło.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, oddychając w rozchylone wargi. I tak po prostu, pocałowałem go. Harry oddał pocałunek, pogłębiając go. Zahaczył językiem o moje zęby i otarł się o podniebienie. Jęknąłem w jego usta. Nadal kołysaliśmy się, przy okazji wymieniając się śliną. Usta Harry’ego były tak miękkie i słodkie. Czułem smak gorącej czekolady wymieszanej z gumą do żucia. Zauważyłem, że co jakiś czas uciekam w kącik jego ust, więc podtrzymałem jego głowę ręką, opierając ją na policzku. Skóra pod moimi palcami była gładka i jędrna. Harry był po prostu cudowny. Pachniał jabłkami, smakował jak czekolada. Nagle oderwałem się od jego ust. Harry nie spodziewając się takiego ruchu, poszukiwał moich warg. W końcu zrozumiał, że chcę odetchnąć.
- Co my robimy, Harry? – zapytałem.
Wzruszył ramionami.
Wyjął karteczkę i napisał:
- Rozgrzewamy się?
Zaśmiałem się dźwięcznie, a on uszczypnął moje policzki.
- Jesteś taki śliczny – napisał.
Moje serce miało ochotę wyskoczyć z klatki piersiowej.
- Dzięki, ale… - Przerwałem i spuściłem wzrok. – Nie, nie jestem.
Sięgnął do mojego podbródka i uniósł moją głowę tak, bym mógł spojrzeć mu w oczy. Złożył na moich ustach kilka pocałunków, a potem napisał:
-  Jesteś śliczny, uroczy, zabawny i przystojny.
Oblała mnie fala gorąca. To już nawet nie było podniecenie; to były te cholerne motyle w brzuchu.
- Rumienisz się. – Podał mi karteczkę.
- Wcale nie.
Przytaknął, co miało znaczyć: „Właśnie, że tak”.
Uśmiechnąłem się mimowolnie i pozwoliłem rumieńcom wpłynąć na moje policzki. Harry był taki słodki.
- Jeszcze nikt nie powiedział mi, że jestem uroczy. Ani przystojny. Czy cokolwiek z tego co wymieniłeś.
Przekręcił głowę lekko w lewo, jakby niedowierzając. Potem nabazgrał na żółtej kartce:
- Widocznie nie mieli odwagi.
Zaśmiałem się i oparłem głowę o zagłębienie jego szyi.
- Wcale nie.
Harry objął rękoma moje plecy i przytulił mnie do siebie mocno.
- Przyjaciele, rodzina – kontynuowałem. – nawet mój były. Nikt nie mówił do mnie takich rzeczy. A ty? Huh. Nawet nic o tobie nie wiem, Harry.
Zamilkliśmy.
Harry napisał w swoim notesie:
- Uwierz, nie chcesz nic o mnie wiedzieć.
Wyprostowałem się i spojrzałem w jego oczy.
- Ależ chcę. Jeśli masz jakieś wstydliwe tajemnice, obiecuję, że nie będę oceniał.
- Chodzi o moją rodzinę – napisał.
Przygryzłem wargi. Co mogło być z nimi nie tak?
- Chcę ich poznać – wyparowałem.
Harry zaprzeczył ruchem głowy. Spuścił wzrok na moje usta i uśmiechnął się. Ale po chwili ten uśmiech przeobraził się w grymas bólu. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Naprawdę tego chcę – oznajmiłem, gdy się od siebie oderwaliśmy.
- Nawet nie wiesz jaki błąd popełniasz.
Uniosłem na niego wzrok w zdziwieniu. Poklepał mnie po biodrach na znak bym wstał. Podnieśliśmy się z huśtawki, a Harry nadal pisał.
Wyrwał kartkę i podał mi ją:
- Zdążymy jeszcze na kolację. Jadają późno. Potem wrócimy do Liama i zostaniemy tam na noc.
Na noc, powtórzyłem w myślach. Otrząsnąłem się i złapałem Harry’ego za rękaw.
- Teraz?
Wzruszył ramionami.
- Jesteś pewien? Nie będę przeszkadzał.
Przez chwilę stał w bezruchu, jakby się nad czymś zastanawiał. Przygryzł wargę, a ja miałem ochotę sam to zrobić. Boże.
Zaprzeczył ruchem głowy i sięgnął po moją dłoń, by spleść nasze palce. Całkowicie zdałem się na niego.

Przez całą drogę chciałem zapytać jak mnie przedstawi, czym zajmują się jego rodzice, i czy na pewno nie będę przeszkadzał. Ale coś w mojej głowie mówiło: „Zamknij się i po prostu idź”. Więc skupiłem się na chodzeniu. Lewa, prawa, lewa, prawa…

~*~


Zatrzymaliśmy się przed drewnianymi drzwiami, pomalowanymi na czerwono. Maleńki budynek zbudowano z czerwonej cegły. Po mojej prawej rósł zaniedbany krzew, a po lewej znajdował się pusty podjazd. Harry nacisnął klamkę – było otwarte. Weszliśmy do środka. Panował półmrok, świeciło się w jednym pokoju, znajdującym się w głębi korytarza. Prawdopodobnie była to kuchnia, ponieważ dochodził mnie stamtąd brzdęk sztućców. Harry zabrał mój płaszcz i zaprzeczył ruchem głowy, gdy chciałem zdjąć buty. Mieszkanie nie należało do najczystszych. Rozglądnąłem się dookoła i uniosłem głowę, by przeanalizować schody prowadzące na górę. Słychać było czyjeś kroki na górze.
Harry podał mi kartkę:
- Pamiętaj, że sam tego chciałeś.
Przełknąłem ciężko ślinę.
Harry mocno wcisnął w kieszeń notes i długopis, jakby nie miał ich już dziś użyć. A potem złapał moją dłoń i pociągnął mnie w stronę oświetlonego pomieszczenia.
- Gemma zeszłaś już? – Usłyszałem kobiecy, zachrypnięty głos.
Weszliśmy w chmurę dymu. Zacząłem kaszleć, Harry nie – najwyraźniej wstrzymał oddech. Przy stole na środku kuchni siedziała kobieta o kruczoczarnych włosach. Spoglądała raz na Harry’ego, a raz na mnie. To prawdopodobnie była jego mama. Przypomniałem sobie, że trzymam dłoń jej syna, więc natychmiast ją puściłem. Ale on z powrotem ją złapał. Zrobiło mi się niebezpiecznie niedobrze.
- Harry? – powiedziała zdziwionym głosem. – Myślałam, że dziś… To znaczy…
Nastała cisza. Kobieta zaczęła zbierać ze stołu gazety i zgasiła papierosa. Wstała, podeszła do blatu i zabrała w dłoń talerz, do którego nalała zupy. Zauważyłem, że ma na sobie szlafrok i nic poza tym.
- Zjecie coś, prawda?
Bez słowa usiedliśmy przy stole. Otrzymałem talerz zupy ziemniaczanej i czystą łyżkę. Spojrzałem na Harry’ego, ale on nie zareagował.
- Więc… ty jesteś – zaczęła.
Usiadła naprzeciwko mnie i zaczęła jeść.
- Louis Tomlinson. Przyjaciel Harry’ego.
Uśmiechnąłem się do niej, ale nie patrzyła na mnie. Odwróciłem się do Harry’ego;  on również był wpatrzony w swoje jedzenie. Czułem się dziwnie. Wszystko tutaj było dziwne. Zająłem się swoją zupą.
Kobieta mruknęła, jakby głośno myślała:
- Harry… Nigdy kurwa nie mówi.
Zatrzymałem się w pół ruchu. Harry nie zareagował. Chciałem coś powiedzieć, wyjaśnić dlaczego, ale przecież nie wiedziałem. Ona też nie wiedziała.
- Może opowiesz matce, jak spędziłeś dzień? – zapytała, lecz nie brzmiało to sympatycznie.
Łyżka przesuwała się po dnie talerza, świadcząc o powolnym kończeniu posiłku. Z trudem przełknąłem zawartość łyżki i ukradkiem spojrzałem na niewzruszonego chłopaka.
- Nic. Za każdym jebanym razem – powiedziała do siebie mama Harry’ego.
Usłyszałem za sobą tupanie, świadczące o tym, że ktoś zbiegał ze schodów. W przejściu za mną pojawiła się czarnowłosa dziewczyna. Wychudzona i zmęczona. Może to ją na początku wołała kobieta?
Miała na sobie kurtkę i przewieszoną przez ramię torbę. Podeszła do blatu naprzeciwko mnie i zagarnęła do kieszeni jabłko.
- Zjesz coś? – zapytała mama Harry’ego.
- Nie.
- Jesteś pewna?
Nie odpowiedziała.
Z pokoju obok dobiegł nas płacz dziecka. Mama Harry’ego wypadła z kuchni i po chwili wróciła z maleństwem na rękach. Dziecko miało najwyżej pięć miesięcy.
- Gemma, może byś mi pomogła.
- A muszę?
- Terapeuta powiedział, że narzucanie ci czegoś źle wpłynie na twoją samodecyzję.
- Samo co? – szepnąłem do Harry’ego, ale on zignorował całą sytuację i pochylił się nad talerzem.
- … ale byłoby miło, gdybyś mi czasem pomogła – kontynuowała mama Harry’ego.
- Ale muszę?
Kobieta westchnęła i odgarnęła z twarzy kruczoczarne włosy.
- Nie, nie musisz.
Chwila ciszy. Gemma spojrzała na dziecko i mocno zacisnęła pięści w kieszeniach. Jestem pewien, że tylko ja to widziałem.
- Zaraz mam klienta… - zaczęła mama Harry’ego.
- Pa, mamo – przerwała jej Gemma.
- Pa.
Rozmowa się zakończyła. Dziecko przestało chlipieć. Harry wstał od stołu i zabrał nasze talerze. Podszedł do swojej mamy, nawet na nią nie spoglądając. Wziął dziecko na ręce i przytulił je do siebie.
- Więc, jesteście razem? – zwróciła się do mnie.
Dopiero po chwili zorientowałem się co powiedziała. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Byliśmy?
- Ja… My…
Nagle po mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi. Kobieta wzięła ze stołu paczkę papierosów, obeszła stół i mierzwiąc mi włosy, powiedziała:
- Trzymaj się Lewis.
- Louis – poprawiłem ją.
- Jak wolisz.
I zniknęła w korytarzu. Siedzieliśmy tak cicho, że mogłem usłyszeć każdy szmer. Doszedł mnie dźwięk otwieranych drzwi, męski głos, tupot stóp i trzask drzwi na górze. Harry usiadł obok mnie i posadził chłopca twarzą do mnie. Wysunąłem do niego palec wskazujący, a jego mała piąstka otarła się o niego i owinęła go paluszkami z zainteresowaniem.
- Czy to twój brat?
Harry przytaknął i pierwszy raz od dłuższego czasu się uśmiechnął.
- Musisz go kochać.
Znów pokiwał głową.
Wyjął z kieszeni notes i z trudem napisał:
- Tylko do niego mówię. Czasami nawet śpiewam.
Uśmiechnąłem się i pocałowałem go pocieszająco w policzek.
Drgnął i znów napisał:
- Proszę, powiedz, że nie uciekniesz.
- Nie mam zamiaru – odpowiedziałem od razu po przeczytaniu. – Chciałbym, żebyś kiedyś dla mnie zaśpiewał, Harry.
Usłyszałem stukot dochodzący z góry. Harry wywrócił oczami i zacisnął mocno wargi. Już wiedziałem skąd pochodzi ten dźwięk. Dla mnie był obleśny; mogłem się jedynie domyślać jak strasznie on się czuł, jako syn tej kobiety.
Wtedy przypomniałem sobie jak dobrze bawił się w Tate Modern. I dopiero teraz uświadomiłem sobie, że zrobiłem dla niego coś niesamowitego. Sprawiłem, że Harry był szczęśliwy.
- Czy… czy tak jest codziennie?
Wzruszył ramionami i wziął się za pisanie:
- Nie jestem tu codziennie. Zwykle śpię, jem i spędzam czas u Liama, i płacę mu połowę czynszu.
Liam to dzisiejszy solenizant. Przypomniało mi się, że nawet go nie poznałem.
Stukanie stało się szybsze i głośniejsze. Harry uniósł wzrok do góry i zmarszczył brwi.
Pochylił się i napisał:
- Zabierzemy go do Liama.
Podał mi malucha i wstał. Poszedł do innego pokoju; przyniósł niewielką torbę i zapakował do niej pampersy, butelkę śliniak z napisem „Brian”, kocyk i kilka zabawek. Potem zaoferowałem pomoc przy ubieraniu chłopca.
Kiedy sam byłem gotowy, trzymałem go już na rękach i czekałem przy drzwiach. Harry kończył pisać liścik, po czym powiesił go na lodówce i podszedł do mnie. Złożył długi i czuły pocałunek na moich ustach. Wciąż smakował czekoladą.
Potem Harry ubrał płaszcz i wyszliśmy.



Czytasz = komentujesz
Podoba ci się = polecasz 
:) 



3 komentarze:

  1. Hej,
    w ciągu kilku ostatnich dni przeczytałam wszystko co wyszło spod Twojej ręki. Potrafiłam siedzieć do czwartej nad ranem i czytać. Masz ogromny talent. Każde Twoje opowiadanie jest niesamowicie dobre, ba, jest znakomite! Przeczytałam pierwsze cztery rozdziały nowego i muszę przyznać, że zapowiada się naprawdę ciekawie. Czekam na kolejne rozdziały. I proszę, nie daj mi długo na nie czekać, bo zwariuję. :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jej, ja zwykle nic nie wiem....
    i ta mam Harry'ego... co za suka. za włosy. wytargać nią o podłodze. powiesić do góry nogami, spuścić krew, pociąć i wrzucić do jeziora.
    lol.
    serio? cholera. ty to mi mieszasz w głowie. no nic. wystarczy mi czekać, prawda?
    wiesz, co kocham ^^
    czekam... ;>

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem ci, że masz niezłą wyobraźnię. Przedstawiłaś częsty i fajny problem z którym musi się zestawić nasz Larry :) Twoje opowiadania są świetne, czytam wszystkie po kolei i zaraz zabieram się za następne.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń