Rozdział czwarty.
Obudziłem się, rozglądnąłem po pokoju.
Wszystko było takie samo, póki nie przypomniałem sobie dotyku Harry’ego sprzed
tamtej nocy. Niemal natychmiast zawirowało mi w podbrzuszu. Boże, jaka szkoda,
że nie mogłem się dziś obok niego obudzić. Zamiast tego muszę się nacieszyć
widokiem zaślinionego Niall’a.
Odgarnąłem pościel, wstałem i nasunąłem
na siebie spodnie, po czym zabierając parę rzeczy, udałem się do łazienki.
Prysznic nie zajął mi wiele czasu. Trochę więcej zleciało na układaniu włosów.
Ale przecież nigdzie się nie śpieszyłem. Wczoraj wieczorem oddzwoniłem do mamy
i przypomniałem jej, jak się umawialiśmy.
- Miałaś nie dzwonić w soboty po piątej
– powiedziałem.
- Przepraszam, zapomniałam.
- Przestań ciągle przepraszać. Po
prostu trzymaj się zasad.
- Zasad – prychnęła cicho i choć jej
nie widziałem, mógłbym przysiąc, że złapała się za głowę. – Chciałam cię tylko
zapytać, czy nie miałbyś ochoty odwiedzić nas w któryś weekend.
- Nie, nie miałbym – odparłem. – Coś
jeszcze?
- Louis, proszę. Proszę – powtarzała
błagalnym tonem. – Co się zmieniło?
- Zapytaj swojej córki. Teraz całe
Doncaster mówi o tobie i twoim synu geju.
- Nie przeszkadza mi to.
- A mnie tak.
- Kocham Cię.
Zamilkłem. Nienawidziłem kiedy wtrącała
w rozmowę te dwa słowa. Wszystko stawało się takie pochrzanione i nierealne.
Nigdy nie rozmawialiśmy w ten sposób; nigdy.
- Wiem. Muszę kończyć.
I odłożyłem słuchawkę.
Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się,
że mogłem powiedzieć chociaż „Ja ciebie też”, ale wtedy nie potrafiłem. Tak
strasznie denerwuje mnie ten jej niepokój w głosie, kiedy do mnie mówi. Wiem,
że się obwinia za to kim jestem. Wiem, że była w szoku i nadal jest, ale ja
wcale nie wybrałem takiego życia.
Może wszystko byłoby lepiej, gdybym
siedział cicho.
~*~
To, że Niall zapewnił mnie, iż będę
miał swoją chwilę z Harrym, wcale nie sprawiło, że ten dzień minął mi dobrze.
Strasznie było czekać na wieczór, nie mając co robić. No, może miałem do
przeczytania kilka rozdziałów, ale nie potrafiłem usiedzieć na miejscu, by to
zrobić.
Pomyślałem, że wyskoczę na miasto. Na
szczęście niebo było czyste. Na dworze panował mróz, wszystko wokół było szare,
ale nie zbierało się na burze. Założyłem swój ciepły płaszcz, popielatą czapkę,
rękawiczki – czyli to co zwykle. Wyobrażałem sobie, że zima ustępuje wiośnie, z
pęknięć w chodniku wyrastają kwiaty, a ja wystawiam twarz do słońca i czuję na
delikatnej skórze ciepło. Ale tak się nie stanie. Przynajmniej na razie.
Przeszedłem parę przecznic, obserwując
wystawy sklepowe. Przypomniałem sobie jak dobrze było być dzieckiem i wieść
spokojne życie. Być zależnym od kogoś i mieć nadzieję, że zrobi wszystko co dla
ciebie dobre. Jak miło byłoby znów być czyimś oczkiem w głowie. Nagle poczułem,
że bardzo brak mi miłości. Ciągłego przytulania, świadomości, że komuś na mnie
zależy i po prostu dostrzegania tej troski. Wyjąłem dłoń z kieszeni i zamiast
innej – pasującej do mojej – poczułem chłodne powietrze. Wręcz zabolało, gdy
mróz zaczął szczypać moją skórę.
Musiałem wyglądać na idiotycznie bardzo
spragnionego dotyku, bo przechodząca obok mnie kobieta popatrzyła ze
współczuciem. A przynajmniej mnie tak się wydawało.
W oddali dostrzegłem zgaszony neon
gejowskiego klubu „Scandal”. Pamiętam dzień, w którym Zayn mnie tam zabrał.
Było ciemno i ciepło, i było lato.
Podążałem za nim chwiejnym krokiem,
trochę zaniepokojony jego pewnością siebie. Nie byłem typem chłopaka, który
bawi się w takich klubach; ani trochę. Zatem byłem przeciwieństwem Zayna –
pieprzonym romantykiem. Powinienem wiedzieć to już wtedy. Zwłaszcza gdy
zaprosił mnie na parkiet, a ja nie umiałem tańczyć. Panował duży ścisk, osoby
poruszające się obok, trącały się i nie wyglądało na to, że im to przeszkadza.
Mówiłem:
- Wróćmy do domu i poróbmy coś.
- Wyluzuj się Louis! – Zayn
przekrzykiwał muzykę, odpowiadając.
- Jestem wyluzowany.
- Co?!
- Nic – odparłem. – Nic.
Chciałem mu wytłumaczyć, że nie
potrafię się wyluzować i jeśli natychmiast nie opuścimy tego miejsca, może mnie
już nigdy nie zobaczyć. Tylko, że nie potrafiłem. Wtedy wydawało mi się, że za
bardzo go kocham, by psuć mu zabawę, ale Niall twierdzi, że po prostu miałem za
małe jaja. Czy teraz mam większe i potrafiłbym się postawić? Nie będę miał
okazji, by kiedykolwiek się dowiedzieć.
Przeszedłem obok klubu i usiadłem na –
na szczęście – suchej ławce. Czas leciał jakoś powoli, nawet za bardzo. Świat
jak zwykle obracał się przeciwko mnie. Najgorsze było to, że nie mogłem nic
zrobić.
~*~
Niall stał przed lustrem i dopasowywał
do siebie koszulki, które wisiały na wieszakach. Jedna o kolorze niebieskim,
druga pomarańczowa.
- Idziesz po Jade?
Spojrzał na mnie.
- Jasne.
Podszedłem i zabrałem od niego
pomarańczową część garderoby, sugerując, by założył niebieską. Jeszcze raz
sprawdziłem, czy mam przy sobie telefon i klucze do mieszkania. Wyglądało na
to, że mój współlokator jest już gotowy.
- Idziesz ze mną? – zagadnął.
- Zaczekam na parkingu – stwierdziłem.
– Harry ma tu przyjść.
Niall uśmiechnął się i pokiwał znacząco
głową.
- Myślałem, że będzie w mieszkaniu
znajomego.
- Nie. Impreza już się zaczęła, więc
mógł wyskoczyć.
- Ale tak bez nas?
Przytaknąłem. Wyszliśmy, więc mogłem
przekręcić klucz w zamku. Wsiedliśmy do widny i zjechaliśmy na sam dół. Było
zupełnie pusto, nie licząc sklepu i biblioteki, w których również panowała
cisza. Niall i ja wyszliśmy na zewnątrz i tam blondyn powiedział:
- Tylko nie róbcie niczego na zewnątrz.
Jeszcze odmrozisz sobie fiuta.
Zagarnąłem w ręce śnieg i uformowałem z
niego kule. Wymierzyłem w cofającego się żartownisia i rzuciłem tak, że zimny
puch wpadł mu za kołnierz.
- Bardzo śmieszne! – zawołałem, gdy
odchodził.
Machnął mi tylko ręką i zniknął za
budynkiem.
Przez chwilę stałem w bezruchu, myśląc
o niczym. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i spojrzałem na widniejący na ekranie
numer Harry’ego. Zacząłem pisać esemesa, idąc w stronę samochodów. Zatrzymałem
się, świadomy tego, iż zaraz kończy się krawężnik. Ale zanim zdążyłem wcisnąć
„wyślij”, czyjeś dłonie oplotły mnie w pasie. Objąłem je swoimi dłońmi i
oparłem skroń o jego głowę, którą opierał o moje ramię.
- Tęskniłeś? – zapytał.
- Mhm… - wymruczałem.
Nagle zorientowałem się, że przecież
Harry nie mówi. W dodatku, ten głos był dziwnie znajomy; nawet niebezpiecznie
znajomy. Wyrwałem się z objęć i odwróciłem. Wszędzie rozpoznałbym te złote
oczy.
- Zdziwiony?
- Wolałbym określenie: zły.
Zrobił krok w przód.
- Jakieś plany na dziś?
- Od kiedy to jest twoja sprawa?
- Przestań. Chcę się zmienić.
Nie mogłem uwierzyć, że właśnie on to powiedział.
- Ty się nie zmieniasz, Zayn – odparłem
i odsunąłem się.
Znów zrobił krok w przód. Jedyne o co
prosiłem w tej chwili Boga, to Harry. Niech się tu pojawi, niech się tu pojawi,
powtarzałem.
- Moglibyśmy spróbować jeszcze raz, co
ty na to?
- Nie! I proszę… – Przerwałem. – Nie
dotykaj mnie.
Odsunął dłoń i na chwilę zamilkliśmy.
Ale potem znów zaczął sięgać do mojego ramienia i odtrącał moje ręce, które
próbowały go odsunąć.
- Posłuchaj Louis, byliśmy dla siebie
stworzeni. Dobrze o tym wiesz.
- Nie odtykaj mnie! Nie dotykaj mnie! –
powtarzałem.
- Nie skrzywdzę cię.
- Mówiłeś to za każdym razem, kiedy…
Przerwałem w pół ruchu.
- Boże, nienawidzę cię!
Musiałem wyglądać jak ciota, bo
popłakałem się. Zwyczajnie, łzy spływały mi po policzkach tworząc odbijające
światło latarni ścieżki. Myślałem, że Zayn odpuści i pójdzie sobie, ale nadal
tam był i patrzył. Czułem się totalnie upokorzony.
I nagle dostrzegłem postać biegnącą za
Zaynem. Pierwsze o kim pomyślałem, to Niall, ale coś było nie tak z jego
włosami. Otarłem łzy, by widzieć go wyraźniej. Czekoladowe loki, wysoka
sylwetka, różowe policzki. Harry.
Odciągnął go i mocno do tyłu, tak że
czarnowłosy upadł na chodnik i zdezorientowany zaczął mierzyć Harry’ego
wzrokiem. Pomyślałem, że teraz zaczną na siebie krzyczeć. Zayn wstał i rzucił
się ze słowami:
- Ty popaprańcu! Kompletnie ci
odpierdoliło?! Chyba nie wiesz kim ja jestem! Masz ochotę się bić, cioto?
Harry stał naprzeciwko niego,
niewzruszony.
- Wyglądasz jak pierdolona dziewczyna z
tymi włosami! Jak ty się chcesz ze mną bić, huh?
Poczułem się zaniepokojony tym, że
Harry jeszcze nie wygarnął mu w zamian za obrażanie go. Ale wtedy dotarło do
mnie, że Harry nie mówi. I teraz
zrozumiałem jakie to wkurzające.
- Halo! Jestem tutaj! Myślisz, że
jesteś zbyt ważny, by ze mną rozmawiać?!
- To nie jest rozmowa, Zayn! –
wtrąciłem się. – Zostaw nas kurwa w spokoju!
Wyglądał na rozczarowanego. Spojrzał
jeszcze raz na Harry’ego, a potem znów na mnie i odsunął się. Miał jeszcze coś
powiedzieć, ale wtedy przybiegli Niall i Jade, więc odbiegł w swoją stronę.
Harry podszedł i przytulił mnie. Znów
miałem ochotę się rozpłakać. Jestem taki pochrzaniony.
~*~
Grała głośna muzyka. Otaczali mnie obcy
ludzie. Trzymałem w rękach drinka, którego przyniósł mi Niall. Stał obok mnie i
kołysał się w rytm muzyki, podczas gdy Jade rozmawiała z kilkoma dziewczynami o
chłopakach. Obszedłem blondyna na około i przyłączyłem się do dziewczyn.
- Dziewczyny, to jest Louis –
przedstawiła mnie od razu Jade.
- Cześć – zawołały chórem.
- Louis jest gejem, więc możemy
kontynuować. – Wyglądała ślicznie. Miała na sobie krótkie shorty, żółty
podkoszulek i szelki, a na włosach zapiętą kokardę w grochy. Bardzo powoli
poruszała swoimi gładkimi ustami, świetnie pasującymi do ust Niall’a.
- Najprzystojniejszy aktor? – zapytała
dziewczyna z dużą ilością tuszu na rzęsach.
- Matt Bomer – odparła drobna postać
obok Jade.
- Zgadzam się – poparła ją brunetka o
czarnych oczach.
- Jest gejem. Myślmy o tych, którzy by
się z nami umówili – prychnęła moja przyjaciółka.
- Brad Koenig.
- Ten z długimi włosami?
- Ściął je! Jest gorący.
- Tak, jeśli jesteś lesbijką.
- Och, zamknij się!
- James Franco?
- Ujdzie w tłumie. Nie mogę znieść jego
uśmiechu.
- Kit Harington – wtrąciłem.
Wszystkie spojrzały na mnie w ciszy.
Boże, dlaczego w ogóle się odezwałem.
- Mówisz tak tylko dlatego, że ma
kręcone włosy? – zapytała Jade.
Poczułem jak się rumienie.
- O wilku mowa – powiedziała ta z
tuszem na rzęsach i odchrząknęła.
Poczułem dłonie obejmujące mnie w pasie
i niemal natychmiast zmiękły mi kolana. Na szczęśnie czułem na ramieniu mocny
uścisk Jade, który sprawiał, że jeszcze nie upadłem. Dłonie pociągnęły mnie do
tyłu. Gdy znaleźliśmy się poza kręgiem dziewczyn – które nadal nas obserwowały
– mogłem się odwrócić i spojrzeć w szmaragdowe tęczówki.
Harry sięgnął do kieszeni i wyciągnął z
niej zmięty kawałek papieru, po czym rozwinął go i pokazał:
- Ufasz
mi?
Skinąłem zahipnotyzowany.
Wyciągnął kolejną kartkę.
- Idziesz
ze mną?
Zamknąłem oczy. Miałem już przed oczami
scenę, w której ja leżę przyciśnięty do łóżka ciężarem jego ciała. A on całuje
mnie od szyi aż po brzuch…
- Pójdę z tobą gdziekolwiek chcesz.
I wtedy poczułem jak wciska mi do rąk
coś szorstkiego. Uniosłem powieki i odruchowo złapałem w dłonie swój płaszcz.
Zmarszczyłem brwi, obserwując jego poczynania: ubrał płaszcz, rękawiczki,
szalik i stanął przed drzwiami. Trochę zdezorientowany zrobiłem to samo i
pozwoliłem mu wyprowadzić się z mieszkania.
Znaleźliśmy się na klatce schodowej.
Obok mnie wiły się dziesiątki stopni, prowadzących na dół. Zaczęliśmy po nich
schodzić po omacku. Trzymałem się barierki, przerażony, że mogę upaść.
Wyobraziłem sobie jak ujeżdża mi noga i lecę w dół, nie mogąc się zatrzymać.
Wszystkie mięśnie mi pulsują i czuję przeszywający ból na całym ciele, ale
szczególnie w czaszce. Ale Harry był tuż obok. Czułem jego obecność i nagle
odpłynął ze mnie cały strach. Tak jakby ktoś wybawił mnie z opresji. Jego
obecność powodowała uczucie ulgi.
Wydostaliśmy się na zewnątrz. Panowała
ciemność połączona z zimnem. Latarnie rzucały szerokie smugi pomarańczowego
światła na chodniki, ławki i samochody. Wcale nie było cicho. Wprawdzie nie
minął nas żaden przechodzień ani pojazd, ale w oddali słychać było pędzącą
karetkę na sygnale, czy dzwonek przy otwieraniu drzwi baru.
Przez chwilę staliśmy na krawężniku nic
nie robiąc, ale Harry odbił nagle w lewo, więc nie pozostało mi nic innego jak
podążanie za nim. Weszliśmy w uliczkę porośniętą z obu stron wystawami
sklepowymi. Niektóre były podświetlone, pozostałe pochłaniał mrok. Szliśmy
ramię w ramię. Nagle coś gładkiego zaczepiło o mój mały palec u ręki. Wzdrygnąłem
się – bardziej z przyjemności niż szoku. Harry usiłował złapać mnie za rękę.
Zarumieniłem się i próbowałem ukryć uśmiech. Patrzył na mnie cały czas,
analizując reakcję i najwyraźniej uznał ją za pozwolenie. Przyłożył dłoń do
mojej i splótł nasze palce. Chwyciłem go mocniej, czując motyki w brzuchu.
Co takiego było w Harry’m, że z każdym
dotykiem miałem wrażenie, iż mi stanie? Jezu, to takie niestosowne. Mama byłaby
rozczarowana. Kurczę, od kiedy obchodzi mnie co myśli o tym mama? Co się ze mną
dzieje?
- Harry? – jęknąłem.
Odwrócił głowę w moją stronę.
- Gdzie idziemy?
Wyjął notes i długopis z kieszeni
płaszcza.
- Na
spacer.
- Nie mogliśmy zostać u twojego kumpla?
Nawet go nie poznałem.
- Będziesz
miał okazję – naskrobał po chwili.
Zamilkłem. Spojrzałem przed siebie na
pochłaniający wszystko mrok. Nie widziałem końca ulicy. Nie wiedziałem, co
znajduję się za sklepem spożywczym po prawej, bo latarnie w tamtej części nie
świeciły się. Na szczęście Harry skręcił w inną uliczkę i pociągnął mnie za
sobą.
Trafiliśmy do parku, w którym było
całkowicie pusto. Ale ja nie bałem się. Harry był tuż obok mnie i trzymał mocno
za rękę. Wskazał palcem plac zabaw i pociągnął mnie w tamtą stronę. Potem
puścił moją dłoń, skoczył na huśtawkę i zaczął się wydurniać. Gwałtownie
wybuchłem śmiechem. Stałem, oparty o belkę podtrzymującą zjeżdżalnie, i
patrzyłem na niego; tak niesamowicie zafascynowany rumieńcami na jego
policzkach i uśmiechem. Przywołał mnie ruchem dłoni. Podszedłem, a on złapał
mnie za płaszcz, odwrócił i pociągnął na swoje kolana. Mocno złapałem za
łańcuchy i czekałem aż pomoże mi lepiej usiąść. W końcu odepchnął się nogami,
by nabrać prędkości. Powtórzył tą czynność kilka razy. Huśtaliśmy się coraz
wyżej, śmiejąc się i czując na sobie swój dotyk. Tak blisko, tak intymnie…
Usłyszałem jak szura nogami o twardą,
ubitą od dziecięcych stópek ziemię. Zwolnił ruchy, tak że teraz jedynie się
kołysaliśmy. Objął mnie mocno w pasie i oparł głowę o ramię. Wypuściłem z ust
drżące powietrze. Chciałem tu zostać na zawsze, nawet pomimo zimna. Harry
ogrzewał mnie swoją troską; trzymał mocno w objęciach i nie prędko miał zamiar
wypuścić.
Bujaliśmy się tak w przód i w tył, w
kompletnej ciszy. Potem pocałował mnie w policzek, parę razy w szyję i splótł
nasze dłonie.
- Och, Harry – jęknąłem.
Wstałem i usiadłem w innej pozycji, tak
że teraz dobrze się widzieliśmy. Harry złapał mnie za biodra, by upewnić się,
że nie ześlizgnę się z jego kolan. Ja objąłem rękoma jego szyję i oparłem czoło
o jego czoło.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy,
oddychając w rozchylone wargi. I tak po prostu, pocałowałem go. Harry oddał
pocałunek, pogłębiając go. Zahaczył językiem o moje zęby i otarł się o
podniebienie. Jęknąłem w jego usta. Nadal kołysaliśmy się, przy okazji
wymieniając się śliną. Usta Harry’ego były tak miękkie i słodkie. Czułem smak
gorącej czekolady wymieszanej z gumą do żucia. Zauważyłem, że co jakiś czas
uciekam w kącik jego ust, więc podtrzymałem jego głowę ręką, opierając ją na
policzku. Skóra pod moimi palcami była gładka i jędrna. Harry był po prostu
cudowny. Pachniał jabłkami, smakował jak czekolada. Nagle oderwałem się od jego
ust. Harry nie spodziewając się takiego ruchu, poszukiwał moich warg. W końcu
zrozumiał, że chcę odetchnąć.
- Co my robimy, Harry? – zapytałem.
Wzruszył ramionami.
Wyjął karteczkę i napisał:
- Rozgrzewamy
się?
Zaśmiałem się dźwięcznie, a on
uszczypnął moje policzki.
- Jesteś
taki śliczny – napisał.
Moje serce miało ochotę wyskoczyć z
klatki piersiowej.
- Dzięki, ale… - Przerwałem i spuściłem
wzrok. – Nie, nie jestem.
Sięgnął do mojego podbródka i uniósł
moją głowę tak, bym mógł spojrzeć mu w oczy. Złożył na moich ustach kilka
pocałunków, a potem napisał:
- Jesteś śliczny, uroczy, zabawny i przystojny.
Oblała mnie fala gorąca. To już nawet
nie było podniecenie; to były te cholerne motyle w brzuchu.
- Rumienisz
się. – Podał mi karteczkę.
- Wcale nie.
Przytaknął, co miało znaczyć: „Właśnie,
że tak”.
Uśmiechnąłem się mimowolnie i
pozwoliłem rumieńcom wpłynąć na moje policzki. Harry był taki słodki.
- Jeszcze nikt nie powiedział mi, że
jestem uroczy. Ani przystojny. Czy cokolwiek z tego co wymieniłeś.
Przekręcił głowę lekko w lewo, jakby
niedowierzając. Potem nabazgrał na żółtej kartce:
- Widocznie
nie mieli odwagi.
Zaśmiałem się i oparłem głowę o zagłębienie
jego szyi.
- Wcale nie.
Harry objął rękoma moje plecy i
przytulił mnie do siebie mocno.
- Przyjaciele, rodzina – kontynuowałem.
– nawet mój były. Nikt nie mówił do mnie takich rzeczy. A ty? Huh. Nawet nic o
tobie nie wiem, Harry.
Zamilkliśmy.
Harry napisał w swoim notesie:
- Uwierz,
nie chcesz nic o mnie wiedzieć.
Wyprostowałem się i spojrzałem w jego
oczy.
- Ależ chcę. Jeśli masz jakieś
wstydliwe tajemnice, obiecuję, że nie będę oceniał.
- Chodzi
o moją rodzinę – napisał.
Przygryzłem wargi. Co mogło być z nimi
nie tak?
- Chcę ich poznać – wyparowałem.
Harry zaprzeczył ruchem głowy. Spuścił
wzrok na moje usta i uśmiechnął się. Ale po chwili ten uśmiech przeobraził się
w grymas bólu. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Naprawdę tego chcę – oznajmiłem, gdy
się od siebie oderwaliśmy.
- Nawet
nie wiesz jaki błąd popełniasz.
Uniosłem na niego wzrok w zdziwieniu.
Poklepał mnie po biodrach na znak bym wstał. Podnieśliśmy się z huśtawki, a
Harry nadal pisał.
Wyrwał kartkę i podał mi ją:
- Zdążymy
jeszcze na kolację. Jadają późno. Potem wrócimy do Liama i zostaniemy tam na
noc.
Na noc, powtórzyłem w myślach.
Otrząsnąłem się i złapałem Harry’ego za rękaw.
- Teraz?
Wzruszył ramionami.
- Jesteś pewien? Nie będę przeszkadzał.
Przez chwilę stał w bezruchu, jakby się
nad czymś zastanawiał. Przygryzł wargę, a ja miałem ochotę sam to zrobić. Boże.
Zaprzeczył ruchem głowy i sięgnął po
moją dłoń, by spleść nasze palce. Całkowicie zdałem się na niego.
Przez całą drogę chciałem zapytać jak
mnie przedstawi, czym zajmują się jego rodzice, i czy na pewno nie będę
przeszkadzał. Ale coś w mojej głowie mówiło: „Zamknij się i po prostu idź”.
Więc skupiłem się na chodzeniu. Lewa, prawa, lewa, prawa…
~*~
Zatrzymaliśmy się przed drewnianymi
drzwiami, pomalowanymi na czerwono. Maleńki budynek zbudowano z czerwonej
cegły. Po mojej prawej rósł zaniedbany krzew, a po lewej znajdował się pusty
podjazd. Harry nacisnął klamkę – było otwarte. Weszliśmy do środka. Panował
półmrok, świeciło się w jednym pokoju, znajdującym się w głębi korytarza.
Prawdopodobnie była to kuchnia, ponieważ dochodził mnie stamtąd brzdęk
sztućców. Harry zabrał mój płaszcz i zaprzeczył ruchem głowy, gdy chciałem
zdjąć buty. Mieszkanie nie należało do najczystszych. Rozglądnąłem się dookoła
i uniosłem głowę, by przeanalizować schody prowadzące na górę. Słychać było
czyjeś kroki na górze.
Harry podał mi kartkę:
- Pamiętaj,
że sam tego chciałeś.
Przełknąłem ciężko ślinę.
Harry mocno wcisnął w kieszeń notes i
długopis, jakby nie miał ich już dziś użyć. A potem złapał moją dłoń i
pociągnął mnie w stronę oświetlonego pomieszczenia.
- Gemma zeszłaś już? – Usłyszałem
kobiecy, zachrypnięty głos.
Weszliśmy w chmurę dymu. Zacząłem
kaszleć, Harry nie – najwyraźniej wstrzymał oddech. Przy stole na środku kuchni
siedziała kobieta o kruczoczarnych włosach. Spoglądała raz na Harry’ego, a raz
na mnie. To prawdopodobnie była jego mama. Przypomniałem sobie, że trzymam dłoń
jej syna, więc natychmiast ją puściłem. Ale on z powrotem ją złapał. Zrobiło mi
się niebezpiecznie niedobrze.
- Harry? – powiedziała zdziwionym
głosem. – Myślałam, że dziś… To znaczy…
Nastała cisza. Kobieta zaczęła zbierać
ze stołu gazety i zgasiła papierosa. Wstała, podeszła do blatu i zabrała w dłoń
talerz, do którego nalała zupy. Zauważyłem, że ma na sobie szlafrok i nic poza
tym.
- Zjecie coś, prawda?
Bez słowa usiedliśmy przy stole.
Otrzymałem talerz zupy ziemniaczanej i czystą łyżkę. Spojrzałem na Harry’ego,
ale on nie zareagował.
- Więc… ty jesteś – zaczęła.
Usiadła naprzeciwko mnie i zaczęła jeść.
- Louis Tomlinson. Przyjaciel
Harry’ego.
Uśmiechnąłem się do niej, ale nie
patrzyła na mnie. Odwróciłem się do Harry’ego; on również był wpatrzony w swoje jedzenie.
Czułem się dziwnie. Wszystko tutaj było dziwne. Zająłem się swoją zupą.
Kobieta mruknęła, jakby głośno myślała:
- Harry… Nigdy kurwa nie mówi.
Zatrzymałem się w pół ruchu. Harry nie
zareagował. Chciałem coś powiedzieć, wyjaśnić dlaczego, ale przecież nie wiedziałem.
Ona też nie wiedziała.
- Może opowiesz matce, jak spędziłeś
dzień? – zapytała, lecz nie brzmiało to sympatycznie.
Łyżka przesuwała się po dnie talerza,
świadcząc o powolnym kończeniu posiłku. Z trudem przełknąłem zawartość łyżki i
ukradkiem spojrzałem na niewzruszonego chłopaka.
- Nic. Za każdym jebanym razem –
powiedziała do siebie mama Harry’ego.
Usłyszałem za sobą tupanie, świadczące
o tym, że ktoś zbiegał ze schodów. W przejściu za mną pojawiła się czarnowłosa
dziewczyna. Wychudzona i zmęczona. Może to ją na początku wołała kobieta?
Miała na sobie kurtkę i przewieszoną
przez ramię torbę. Podeszła do blatu naprzeciwko mnie i zagarnęła do kieszeni
jabłko.
- Zjesz coś? – zapytała mama Harry’ego.
- Nie.
- Jesteś pewna?
Nie odpowiedziała.
Z pokoju obok dobiegł nas płacz
dziecka. Mama Harry’ego wypadła z kuchni i po chwili wróciła z maleństwem na
rękach. Dziecko miało najwyżej pięć miesięcy.
- Gemma, może byś mi pomogła.
- A muszę?
- Terapeuta powiedział, że narzucanie
ci czegoś źle wpłynie na twoją samodecyzję.
- Samo co? – szepnąłem do Harry’ego,
ale on zignorował całą sytuację i pochylił się nad talerzem.
- … ale byłoby miło, gdybyś mi czasem
pomogła – kontynuowała mama Harry’ego.
- Ale muszę?
Kobieta westchnęła i odgarnęła z twarzy
kruczoczarne włosy.
- Nie, nie musisz.
Chwila ciszy. Gemma spojrzała na
dziecko i mocno zacisnęła pięści w kieszeniach. Jestem pewien, że tylko ja to
widziałem.
- Zaraz mam klienta… - zaczęła mama
Harry’ego.
- Pa, mamo – przerwała jej Gemma.
- Pa.
Rozmowa się zakończyła. Dziecko
przestało chlipieć. Harry wstał od stołu i zabrał nasze talerze. Podszedł do
swojej mamy, nawet na nią nie spoglądając. Wziął dziecko na ręce i przytulił je
do siebie.
- Więc, jesteście razem? – zwróciła się
do mnie.
Dopiero po chwili zorientowałem się co
powiedziała. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Byliśmy?
- Ja… My…
Nagle po mieszkaniu rozległ się dzwonek
do drzwi. Kobieta wzięła ze stołu paczkę papierosów, obeszła stół i mierzwiąc
mi włosy, powiedziała:
- Trzymaj się Lewis.
- Louis – poprawiłem ją.
- Jak wolisz.
I zniknęła w korytarzu. Siedzieliśmy
tak cicho, że mogłem usłyszeć każdy szmer. Doszedł mnie dźwięk otwieranych
drzwi, męski głos, tupot stóp i trzask drzwi na górze. Harry usiadł obok mnie i
posadził chłopca twarzą do mnie. Wysunąłem do niego palec wskazujący, a jego
mała piąstka otarła się o niego i owinęła go paluszkami z zainteresowaniem.
- Czy to twój brat?
Harry przytaknął i pierwszy raz od
dłuższego czasu się uśmiechnął.
- Musisz go kochać.
Znów pokiwał głową.
Wyjął z kieszeni notes i z trudem
napisał:
- Tylko
do niego mówię. Czasami nawet śpiewam.
Uśmiechnąłem się i pocałowałem go
pocieszająco w policzek.
Drgnął i znów napisał:
- Proszę,
powiedz, że nie uciekniesz.
- Nie mam zamiaru – odpowiedziałem od
razu po przeczytaniu. – Chciałbym, żebyś kiedyś dla mnie zaśpiewał, Harry.
Usłyszałem stukot dochodzący z góry.
Harry wywrócił oczami i zacisnął mocno wargi. Już wiedziałem skąd pochodzi ten
dźwięk. Dla mnie był obleśny; mogłem się jedynie domyślać jak strasznie on się
czuł, jako syn tej kobiety.
Wtedy przypomniałem sobie jak dobrze
bawił się w Tate Modern. I dopiero teraz uświadomiłem sobie, że zrobiłem dla
niego coś niesamowitego. Sprawiłem, że Harry był szczęśliwy.
- Czy… czy tak jest codziennie?
Wzruszył ramionami i wziął się za
pisanie:
- Nie
jestem tu codziennie. Zwykle śpię, jem i spędzam czas u Liama, i płacę mu
połowę czynszu.
Liam to dzisiejszy solenizant.
Przypomniało mi się, że nawet go nie poznałem.
Stukanie stało się szybsze i
głośniejsze. Harry uniósł wzrok do góry i zmarszczył brwi.
Pochylił się i napisał:
- Zabierzemy
go do Liama.
Podał mi malucha i wstał. Poszedł do
innego pokoju; przyniósł niewielką torbę i zapakował do niej pampersy, butelkę
śliniak z napisem „Brian”, kocyk i kilka zabawek. Potem zaoferowałem pomoc przy
ubieraniu chłopca.
Kiedy sam byłem gotowy, trzymałem go już
na rękach i czekałem przy drzwiach. Harry kończył pisać liścik, po czym
powiesił go na lodówce i podszedł do mnie. Złożył długi i czuły pocałunek na
moich ustach. Wciąż smakował czekoladą.
Potem Harry ubrał płaszcz i wyszliśmy.
Czytasz = komentujesz
Podoba ci się = polecasz
:)


Hej,
OdpowiedzUsuńw ciągu kilku ostatnich dni przeczytałam wszystko co wyszło spod Twojej ręki. Potrafiłam siedzieć do czwartej nad ranem i czytać. Masz ogromny talent. Każde Twoje opowiadanie jest niesamowicie dobre, ba, jest znakomite! Przeczytałam pierwsze cztery rozdziały nowego i muszę przyznać, że zapowiada się naprawdę ciekawie. Czekam na kolejne rozdziały. I proszę, nie daj mi długo na nie czekać, bo zwariuję. :)
Pozdrawiam :)
jej, ja zwykle nic nie wiem....
OdpowiedzUsuńi ta mam Harry'ego... co za suka. za włosy. wytargać nią o podłodze. powiesić do góry nogami, spuścić krew, pociąć i wrzucić do jeziora.
lol.
serio? cholera. ty to mi mieszasz w głowie. no nic. wystarczy mi czekać, prawda?
wiesz, co kocham ^^
czekam... ;>
Powiem ci, że masz niezłą wyobraźnię. Przedstawiłaś częsty i fajny problem z którym musi się zestawić nasz Larry :) Twoje opowiadania są świetne, czytam wszystkie po kolei i zaraz zabieram się za następne.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i życzę weny :)